NVC. O pewnych pożytkach płynących z redukcjonizmu

nvc

 

Nikt nas nie uczy być rodzicami. Czasami szukamy odpowiedzi trochę po omacku, czasami korzystamy z tego, co akurat dzieje się blisko nas. W ten sposób trafiliśmy z mężem na warsztaty Porozumienia bez Przemocy (Nonviolent Communication), początkowo próbując wykorzystać tę metodę w relacji z naszą córką, potem także w naszym małżeństwie. Bardziej lub mniej skutecznie, jak można się spodziewać. Nie o naszych rodzinnych sukcesach i porażkach jednak zamierzam napisać, ale o tym, co myśli sobie na marginesie warsztatów NVC filozofka religii.

Najpierw myśli sobie, że w tym całym NVC są dziury. Brak w nim jasnej wizji człowieka. Nie wiemy o nim właściwie nic, prócz tego, co dla metody najistotniejsze: że działa zawsze realizując jakieś swoje potrzeby (a wcale niekoniecznie dlatego, jak często nam się wydaje, by zrobić nam na złość).

Filozofka religii trochę się irytuje, bo patrzenie na człowieka wyłącznie przez pryzmat jego potrzeb wydaje się jej redukcjonizmem. Człowiek przecież działa z różnych innych powodów, jest wplątany w sieć rozmaitych zależności, powodują nim nie tylko potrzeby, ale np. chęć odpowiedzi na apel płynący z wartości…

W dodatku filozofka religii, wychowana na Levinasie, nie przepada za upartym podkreślaniem, że człowiek ma przede wszystkim „potrzeby”. Potrzeba to zawsze ruch wsobny, zasysający rzeczywistość. Jej zdaniem zdecydowanie lepiej dynamizm człowieka określa obraz „pragnienia”, które jest ruchem przeciwnym: wychodzenia poza siebie, poza wszystko, co właśnie udało mu się osiągnąć, w kierunku, który nie zawsze jest do końca jasno określony.

Potem zauważa, że te „braki” są głęboko przemyślane. Ograniczenie się do mówienia o własnych uczuciach, próba (nierzadko karkołomna) rozróżnienia pomiędzy „faktami” a naszą interpretacją rzeczywistości, wreszcie rezygnacja z formułowania sądów ma przede wszystkim otworzyć empatyczną przestrzeń, w której będziemy się mogli rzeczywiście spotkać z drugą osobą.

Irytacja powoli mija, jej miejsce zajmuje zdziwienie, a to już, jak wiadomo od czasów Arystotelesa, może być początkiem bardzo interesującej drogi.

A kiedy filozofka religii stara się odpowiedzieć sobie na własną rękę, na czym najbardziej zależało twórcy NVC Marshallowi Rosenbergowi, doktor psychologii klinicznej, uczniowi Carla Rogersa, zaczyna dochodzić do zaskakujących ją samą wniosków. To, co do tej pory przedstawiało się jej jako zasadniczy brak, może być fundamentalną zaletą. Rezygnacja z ostatecznych rozstrzygnięć metafizycznych i antropologicznych, a nawet świadomie redukcjonistyczne spojrzenie na człowieka, stwarza z NVC metodę (niemalże) uniwersalną, dającą się wypełnić różnorodną treścią. A to bardzo obiecujące warunki do zastosowania NVC nie tylko na gruncie relacji osobistych, ale także na przykład w dialogu międzykulturowym czy międzyreligijnym.

Dlatego zwykle nastawiona fenomenologicznie, podejrzliwa wobec wszelkich redukcjonizmów, filozofka religii nie tylko uczy się stosować „żyrafi język” w życiu, ale zamierza się dalej przyglądać metodzie od strony jej przydatności w dialogu między religiami.

 

Share Button